niedziela, 19 stycznia 2014

Ostatni dzień na AMORGOS

 W przeddzień wyjazdu z Amorgos zorientowałem się, że zwiedziłem praktycznie całą wyspę, a nie byłem po drugiej stronie zatoki Katapoli. Po południu musiałem oddać samochód do wypożyczalni, która była po drodze. Okazało się, że północne wybrzeże portu jest bardzo atrakcyjne.


   Mijałem domy zbudowane tuż nad morzem, nie brakowało wąskich uliczek, kapliczek, maciupeńkich plaż, no i oczywiście knajpek. W tej części miasta większość z nich leżała tuż przy brzegu. Już na początku wycieczki skusiłem się na lunch w tawernie, której stoliki stały zaraz przy kamienistej plaży. 

Nadziewane kalmary, ostra sałatka i kot, który myślał, że mu coś spadnie ze stołu
   Był upał, wino poszło mi do głowy, ale po kilkunastu minutach całkowicie wyparowało. Wkrótce doszedłem do końca miasta, po drodze stały pojedyncze, wiejskie domki obrośnięte kolorowymi roślinami. Potem skręciłem w prawo i zobaczyłem zatoki zupełnie niewidoczne z portu, a w nich schowane plaże. Nie było mowy, żebym po raz ostatni nie wskoczył do morza, które było wyjątkowo ciepłe i spokojne, a potem poleżał chwilę na rozgrzanych kamyczkach.


   Nieco dalej zobaczyłem cudnej urody kościółek leżący na cyplu pomiędzy dwiema zatoczkami. Z tego miejsca rozciąga się chyba najpiękniejszy widok na Katapolę i jeden z najlepszych na całej wyspie.

ZATOKA KATAPOLI
Za cyplem jest jeszcze kilka odludnych plaż, potem brzeg staje się kamienisty i coraz bardziej niedostępny. Można by tak iść i iść coraz dalej i dalej. Poszedłem jeszcze może ze 2 kilometry wąską ścieżką i nagle uświadomiłem sobie, że jest już bardzo późno i czas wracać.
Get Adobe Flash player

   Wróciłem do Katapoli jak już było prawie ciemno. Knajpki zaczęły się wypełniać ludźmi i kotami, które liczyły na smaczne kąski. Na ostatnią kolację zafundowałem sobie zapiekaną fetę z pomidorami i sztandarowe danie Amorgos, czyli patatato (kozie mięso w sosie z pomidorów i cynamonu z ziemniakami).


   Siedziałem w tawernie bardzo długo, potem jeszcze włóczyłem się po porcie. Wróciłem do hotelu grubo po północy. Musiałem się jeszcze spakować, bo następnego dnia miałem katamaran na Naxos. Nie chciało mi się wierzyć, że moja eskapada na Amorgos to już prawie historia.

Get Adobe Flash player

sobota, 18 stycznia 2014

AMORGOS - zaczarowana wyspa

   Wypożyczony samochód na greckiej wyspie to prawdziwy skarb. Nie jest się zależnym od autobusów, które zresztą nie dojeżdżają wszędzie, gdzie się chce. Tak naprawdę nie ma szans na zobaczenie większości atrakcji bez samochodu. Jeśli wyspa jest mała, można do wielu miejsc dojechać publicznym transportem albo dojść piechotą, ale jest to rozwiązanie bardzo uciążliwe, zwłaszcza, jeśli ma się niewiele czasu. Zwiedzanie samochodem ma same plusy – można się zatrzymać w dowolnym miejscu, jechać tam, gdzie nawet autobus nie dociera. Większość najpiękniejszych miejsc widziałem po drodze. Nie piszą o nich żadne przewodniki, czasem tylko można o nich przeczytać na forach internetowych lub dowiedzieć się od mieszkańców. 


   Przewodniki po wyspach są bardzo nierzetelne i często wprowadzają w błąd, nie należy im do końca wierzyć. Najczęściej opisują sztandarowe atrakcje i rozpisują się o nich, a w ogóle nie wspominają o innych miejscach, które każdy powinien zobaczyć. Owszem, jeśli mam okazję, to czytam przewodniki, ale wolę poszperać po Internecie i poczytać wypowiedzi ludzi, którzy polecają coś, bo sami tam byli. Kiedyś już o tym pisałem, ale muszę powtórzyć – najlepszym przewodnikiem jest dla mnie porządna mapa, z której można się naprawdę dużo dowiedzieć. Najlepszym wydawnictwem kartograficznym w Grecji jest firma "Terrain", której mapy są po prostu świetne – czytelne, o dobrej skali, ze wszystkimi potrzebnymi szczegółami (plaże, zabytki, drogi, punkty widokowe, a nawet ścieżki w górach). Bez problemu takie mapy można kupić w sklepie internetowym z dostawą do domu. Jako "wspomaganie" zawsze oglądam mapy Google, a często tzw. interaktywne mapy, które opracowują lokalne społeczności i greckie portale turystyczne. Mam przy tym ogromną frajdę, kiedy przed wyjazdem podróżuję z przysłowiowym palcem po mapie. Odradzam kupowanie map na wyspach, jeśli już gdzieś są, to przeważnie nieaktualne albo bardzo niedokładne. Dobra mapa to podstawa zwiedzania i kropka.


 Zaopatrzony w dobrą mapę objechałem Amorgos wzdłuż i wszerz bez żadnego problemu. Zaglądałem wszędzie, gdzie się dało. Robiłem całą masę postojów, nawet co kilkaset metrów musiałem się zatrzymywać na krócej lub dłużej, żeby zrobić zdjęcia, nakarmić oczy, duszę i żołądek. Jadąc na Amorgos byłem przekonany, że wyspa jest tak mała, że zwiedzenie jej zajmie mi 2-3 dni, a resztę czasu będę się byczył na plażach. Prawda okazała się zupełnie inna. Faktycznie, rozmiary wyspy nie są imponujące, ale miejsc wartych obejrzenia jest tu strasznie dużo. Będąc tu nawet 3 razy dłużej niż planowałem, na pewno bym się nie nudził.
Get Adobe Flash player    Na Amorgos przeżyłem same miłe chwile. Wszystko, co czytałem na temat wyspy sprawdziło się z nawiązką. Znalazłem piękne plaże ukryte za stromymi klifami, bajkowe wioski i przede wszystkim fantastyczne widoki. Poznałem niezwykle przyjaznych ludzi, dumnych, że tam mieszkają. Włóczęga po wyspie, samochodem czy pieszo, była dla mnie kompletnym oderwaniem się od szarej codzienności i co ciekawe, nigdy nie czułem się samotny, pomimo tego, że byłem sam. Widziałem 21 greckich wysp, wszystkie z nich są cudne, ale Amorgos jako jedna z nielicznych ma w sobie to zupełnie wyjątkowe"coś", co powoduje, że najbardziej chce się wrócić właśnie tu. Pewnie niejedna osoba czytająca moje wspomnienia pomyślała sobie, że grubo przesadzam i staram się wychwalać wyspę pod niebiosa, ale tam, na Amorgos chyba naprawdę istnieją jakieś czary. Przekonać się o tym można chyba tylko jadąc na wyspę i dać się zaczarować.
Tzatziki, sałatka z ośmiornicy na ciepło, baby fish we fryturze, retsina i pyszny chleb,a na deser słodki arbuz. Niebo w gębie!

Zatoka KATAPOLI - widok z gór o zachodzie słońca

piątek, 17 stycznia 2014

Gdzie diabeł mówi dobranoc

   Mój pobyt na Amorgos nieubłaganie zbliżał się do końca. Po południu wróciłem do hotelu i myślałem, jak tu sobie zorganizować czas, żeby coś jeszcze zobaczyć. Głowa mi parowała w upale i... od wrażeń. Pozostałe dwa poranki i południa miałem już zaplanowane, ale popołudnia i wieczory mogłem wykorzystać całkiem dowolnie i zastanawiałem się, jak to zrobić. Zerknąłem po raz kolejny na mapę wyspy, wypytałem właścicielkę hotelu i już wszystko stało się jasne. Przedostatniego dnia późnym popołudniem zabrałem plecak i wypuściłem się na przylądek na północ od Katapoli. Jeśli dodać, że wychodzi on prosto na zachód, to pomyślałem, że będzie to doskonała okazja, żeby zobaczyć chowające się słońce i pstryknąć parę zdjęć. Droga na przylądek biegnie trawersem zaraz przy morzu. Jest szrutowa i w całkiem dobrej kondycji, można by się pokusić o jazdę jeepem. Ja swój samochód zostawiłem koło hotelu, bo miałem już dość męczącej jazdy i poszedłem na piechotę. 


    Po drodze mijałem cudne kościółki, do których można było wejść nawet w krótkich spodenkach i nawet opiekująca się nimi Greczynka nie miała nic przeciwko temu, żebym zrobił kilka zdjęć. Spotkałem też rzeźbę greckiej bogini spoglądającej w morze, którą ktoś ustawił w tym odludnym miejscu. Słońce powoli opadało na horyzont. Morze było spokojne i spokojnie szumiało. Zaczynało się robić coraz ciemniej, a droga zdawała się nie mieć końca. Ja jednak szedłem uparcie do przodu.


   Zaczęło się robić trochę upiornie. Dookoła żywej duszy, ja sam jak palec, do celu nie wiadomo jak daleko i nadciągnęły złowieszcze chmury. Gdzieś w zatoce malutkie fale pruł też malutki kuter, z którego machali mi ludzie. Doszedłem do przylądka akurat na czas. Dalej już iść nie było można, droga się skończyła, a przede mną były już tylko nagie skały i czarne morze.


   Słońce akurat zachodziło i zaczął wiać silny ale ciepły wiatr. Byłem na końcu świata. Nie od razu po zachodzie robi się ciemno, jeszcze przez jakąś godzinę można maszerować bez latarki. Do hotelu wróciłem w ostatniej niemal chwili, już było ciemno. Jeszcze raz spojrzałem na mapę i okazało się, że przeszedłem pieszo ponad 10 kilometrów. Twarz mi płonęła, nogi dygotały i już nawet nie miałem siły i ochoty na wyjście do knajpy. Ten mój "spacer" tego dnia wspominam do dziś, to był jeden z najfajniejszych moich wieczorów w Grecji – na totalnym pustkowiu, w dzikich okolicach, tam, gdzie diabeł mówi dobranoc.

Get Adobe Flash player