niedziela, 20 kwietnia 2014

KARPATHOS - bezkresy północy wyspy

   Jeszcze kilka lat temu północna część Karpathos była zupełnie odcięta od świata. Co prawda istniała górska droga łącząca Olympos z resztą wyspy ale można było po niej jeździć tylko dobrymi jeepami. Dziś jest inaczej, zbudowano porządną asfaltową drogę, która prowadzi aż do osady Avlona położonej kilka kilometrów na północ od Olympos. Ta część wyspy poza sezonem jest bardzo rzadko odwiedzana przez turystów. Większość z nich wpada na kilka godzin do Olympos, czasem do małego portu na wschodnim wybrzeżu. Ja postanowiłem dotrzeć samochodem do najdalszych zakątków wyspy. Nie wszędzie da się dojechać, trzeba podjąć wyzwanie i maszerować po dzikich i pięknych terenach.
   Karpathos jest wyspą budzącą wielki respekt, zdaje się być niedostępna i groźna. Nieomal wszędzie są wysokie i strome góry, urwiska i przepaście. Tym bardziej byłem mile zaskoczony kiedy odkryłem, że na wyspie są piękne plaże. Do większości z nich można dojechać samochodem po niebywałych zakrętasach. Morze na Karpathos jest wyjątkowo piękne, woda ma niebywały turkusowo – szmaragdowy kolor i zachęca do częstych kąpieli. Na większości dzikich plaż nie ma żywego ducha. W nadmorskich wioskach czas płynie wolno, miałem wrażenie, że znalazłem się w zupełnie innym świecie. Nikt się tu nie spieszy, jest cicho i panuje błogi spokój.
   Kilka kilometrów od Olympos, na wschodnim wybrzeżu leży mały i senny port Diafani. Kiedyś było to jedyne miejsce, z którego można było dojechać do tego pięknego górskiego miasteczka. Po wybudowaniu nowej drogi ranga portu trochę spadła, choć nawet obecnie zawijają tu duże pasażerskie promy. W Diafani czas się zatrzymał, kobiety ubierają się tak jak 100 lat temu, ludzie są życzliwi i przyjaźni. Szczególnie ciepło wspominam spotkanie z handlarzem czosnku, który chciał mi sprzedać co najmniej 5-letni zapas i o połowę zszedł z ceny.
Get Adobe Flash player

   Z Diafani można popłynąć łódką na bezludną wyspę Saria, która w zamierzchłych czasach była ważnym miejscem kultu religijnego. Niestety, poza sezonem turystycznym żadne wycieczki nie są organizowane. Z Diafani pojechałem malowniczą drogą na południe. Zatrzymywałem się wiele razy, schodziłem nad morze i oglądałem dzikie plaże.
Get Adobe Flash player
Get Adobe Flash player
   Niedaleko Mesochori, na zachodnim wybrzeżu leży przepiękne Lefkas. Miasteczko w lecie tętni życiem, ja byłem tam w maju, kiedy dopiero przygotowywano się na najazd turystów. Lefkas położone jest nad kilkoma uroczymi zatoczkami, plaże są tu wyjątkowo urokliwe. Jest tu kilka sympatycznych hoteli i tawern, w których królują owoce morza. Podczas mojego pobytu pogoda się trochę popsuła, było mglisto i sennie, ale wyjątkowo spokojnie. Obszedłem wszystkie zatoczki, kąpałem się w ciepłym morzu i jadłem lokalne przysmaki.

Get Adobe Flash player
Get Adobe Flash player
    To był bardzo przyjemny dzień, nie musiałem się nigdzie spieszyć, miałem dużo czasu na oglądanie pięknych plaż i leniuchowanie nad morzem. Późnym popołudniem wróciłem do Mesochori na ostatni nocleg, następnego dnia miałem jechać na południe Karpathos.

środa, 16 kwietnia 2014

MESOCHORI - miasteczko niezwykłe

   Mesochori na Karpathos było przez 3 dni moją bazą, z której odwiedzałem północną część wyspy. To naprawdę urokliwe, spokojne miasteczko, w którym nie spotkałem żadnych turystów. Jedyni ludzie, z którymi miałem do czynienia byli stałymi mieszkańcami. Sezon turystyczny miał się zacząć dopiero za kilka dni i nawet Grecy, którzy na zimę wyjeżdżają do USA nie zdążyli jeszcze wrócić do swoich domostw i hoteli. Miałem szczęście zobaczyć Mesochori zupełnie puste i ciche. Pogoda była już zupełnie letnia, nocą temperatura nie spadała poniżej 18 stopni, a dniem w słońcu było gorąco. W Mesochori nie ma zbyt dużo miejsc noclegowych, nie ma ani jednego "prawdziwego" hotelu, jedynie kilka pensjonatów i pokoi gościnnych. To zadziwiające, bo miasteczko jest naprawdę warte odwiedzin. To właśnie jest Karpathos – wyspa pozbawiona komercji, na której można na własne oczy zobaczyć prawdziwą Grecję. Próżno szukać noclegu w Mesochori przez popularne strony internetowe, jedyne co pozostaje to telefon do pensjonatu w mieście, co nie jest wcale łatwe, bo wiosną większość obiektów jest zamknięta. Mnie się jednak udało i zarezerwowałem 3 noclegi w pięknym pensjonacie "Afroditi".

   Hotelik był wspaniały, a widoki po przebudzeniu pobudzały do życia pomimo zupełnej ciszy. Słyszałem szum morza, choć nie było blisko, ćwierkanie ptaków i lekkie podmuchy wiatru. Wstawałem wcześnie rano i kierowałem pierwsze kroki do kafejonu zaraz po drugiej stronie drogi. W środku pachniało świeżo parzoną kawą. Siadałem przy bufecie i zamawiałem taką właśnie grecką kawę, która piorunem stawia na nogi. Gości nie było jeszcze zbyt wielu ale schodzili się leniwie. Ziewając podchodzili do bufetu i zamawiali pachnącą kawę.
Get Adobe Flash player
   Było jeszcze bardzo wcześnie ale właśnie wtedy postanowiłem zobaczyć miasteczko. Snułem się powoli po wąskich uliczkach, schodziłem w dół i wspinałem się pod górę. Oglądałem miejscowy kościół, place i podwórka, które były zupełnie puste. Wyłożoną kamieniami dróżką poszedłem na sam dół w stronę morza, aż do miejsca, gdzie droga się kończyła przy kawiarni Cafe Skopi. Dalej było strome urwisko i morze.

   Nie miałem zbytniej ochoty na karkołomne zejście więc wróciłem inną drogą do miasta podziwiając piękne ogródki należące do mieszkańców. Przechodziłem koło cytrynowych gajów, pachnących ziół i dodrodnych warzyw. W Mesochori wszyscy hodują pomidory, paprykę, bakłażany, cebulę a nawet ziemniaki. Nikt nie kupuje warzyw w sklepie tylko ma je z własnego ogrodu.

   Bliżej południa życie powoli zaczynało się rozkręcać, wszyscy już wstali, wyszli do kafejek napić się kawy albo porannej ouzo. Przyjechali rybacy z połowem ryb, zjawiły się samochody z dostawami świeżego chleba. Kafejon powoli zapełniał się gośćmi, którzy mieli wszystko w nosie i zaczynali grę w trik-traka. Nawet zjawił się lokalny pop, który z siatką zakupów postanowił odpocząć przy filiżance kawy. Telewizor głośno relacjonował ostatnie mecze piłkarskie, za którymi Grecy wręcz przepadają.

Get Adobe Flash player
   W kafejonie porządnego śniadania raczej się nie zje, więc za namową moich gospodarzy poszedłem do Dramoutany parę ulic niżej. To bardzo miła i przyjemna knajpka, w której – jak się okazało – pracowała Polka. Zamówiłem piekielnie dobry omlet z fetą i porozmawiałem o życiu na wyspie. Okazało się, że miła polska dziewczyna pracuje tu już kilka lat, a ja byłem dopiero drugim Polakiem, który odwiedził jej knajpę.

   Śniadanie było przepyszne, postanowiłem odwiedzić knajpę jeszcze raz, wieczorem zjadłem kolejne świetne dania: domowe dolmades, czyli mielone mięso z ryżem zawijane w liście winogron, przepyszną ciecierzycę z sosie pomidorowym i niezmiennie wyśmienite kalmary, moje ulubione. Nie chciałem oceniać kuchni w mieście jednostronnie, więc drugiego dnia na kolację wybrałem się do bliższej knajpki, w której zjadłem bardzo dobre duszone zielone warzywa i rozpływające się w ustach stifado. Była to prawdziwa poezja smaku, dodając wyśmienity grilowany chleb i lokalne chłodne wino.

   Mesochori było dla mnie prawdziwą przystanią. Bardzo łatwo nawiazałem kontakt z ludźmi, z kelnerką w knajpie, z właścicielami hotelu, z handlarzami ryb i innymi, którzy przesiadywali z kieliszkami ouzo przy stolikach. Wszyscy byli dla mnie bardzo życzliwi, doradzali dokąd jechać, co zobaczyć i opowiadali historię wyspy i miasta. Wszyscy byli uśmiechnięci i cieszyli się życiem. Nie każdy znał angielski ale każdy starał mi się pomóc w każdy możliwy sposób. Nieznajomość języka wcale nie jest przeszkodą w zrozumieniu tego, co drugi człowiek myśli i jakie uczucia żywi. Byłem w Mesochori krótko, rano wyjeżdżałem w trasę i byłem z powrotem późno wieczorem. Mimo to zawsze bardzo się cieszyłem, że wracam do tego bardzo przyjaznego mi miejsca, bardzo pięknego i co najważniejsze z bardzo gościnnymi ludźmi. Czułem się tam bezpiecznie pomimo tego, że byłem na końcu świata.

czwartek, 10 kwietnia 2014

OLYMPOS - zaczarowane miasto

   Na północy Karpathos, tam gdzie wyspa jest bardzo wąska, wysoko w górach leży Olympos. Na ponad 800 metrowych górskich zboczach w VIII i IX wieku ludzie zbudowali zupełnie niedostępne miasto chcąc uchronić się przed najeźdźcami i żyć w spokoju. Okolica nie jest przyjazna – nie ma tu pól uprawnych, trudno o pitną wodę, a pogoda jest nieprzewidywalna. Bywa tak, że na szczycie jednej góry grzmią błyskawice i przewalają się groźne chmury, a na sąsiedniej świeci słońce. Zbudowanie miasta akurat w tym miejscu było zadaniem więcej niż karkołomnym, bo zupełnie nic nie sprzyjało budowie. Nie było dróg tylko urwiste przepaście, nie było miejsca na uprawy i hodowlę zwierząt. Olympos jednak powstało. W przeszłości była to w zasadzie gęsto zaludniona enklawa na Karpathos, zupełnie bez kontaktu ze światem. Taki stan rzeczy istniał jeszcze zupełnie niedawno, kiedy do miasta można było sie dostać tylko z malutkiego portu Diafani na wschodnim wybrzeżu. Oprócz fatalnej drogi wiodącej z nad morza z Olympos nie było żadnego innego połączenia.

   Z biegiem lat powstała droga z południa, wśród gór, jednak pokonanie jej wymagało profesjonalnego jeepa z napędem na 4 koła. Każdy inny samochód nie miał szans na pokonanie wykutej w skałach trasy. Jeszcze kilka lat temu jedyną szansą na odwiedzenie miasta był rejs do Diafani i podróż do Olympos rozklekotanym autobusem. Poza sezonem turystycznym było to praktycznie niemożliwe. Dopiero parę lat temu zaczęto trudną budowę drogi do Olympos, która trwa do dziś. Ekstremalnie trudne warunki wymagają pracy setek koparek, ciężarówek i ciężkiego sprzętu. Drogę wręcz wycięto skałom tworząc niesamowite trawersy. Mnie się udało – w 2013 większość przeprawy była zbudowana, choć nie do końca. Brakowało asfaltu na kilku kilometrach, z pionowych urwisk spadały skalne odłamki tarasując przejazd. Oczywiście nie było żadnych barierek, jechałem z duszą na ramieniu i w ogóle nie patrzyłem w dół. Wiał wiatr, przewalały się ciemne chmury i droga trochę przypominała mi podróż hobbitów do Mordoru z "Władcy Pierścieni" Tolkiena.

   Po kilkunastu kilometrach piekielnej jazdy zobaczyłem miasto i po prostu zaniemówiłem z wrażenia. Dlaczego tak się stało? Odpowiedzi szukajcie na zdjęciach. Do miasta nie można wjechać samochodem, trzeba go zostawić na parkingu i wspiąć się na górę pieszo. Już na obrzeżach Olympos witali mnie mieszkańcy, przy sklepach, kawiarniach i swoich domach. Wszyscy byli ubrani jak setki lat temu w swoje tradycyjne stroje. Nie było w tym żadnego pozerstwa, po prostu tak się tutaj ubiera. Na ulicach było prawie pusto, choć sklepy i domy były otwarte. W Olympos jest wielu rzemieślników produkujących dywany, kilimy, wyroby ze skóry. Można wejść do ich warsztatów i sklepów i z bliska przyjrzeć się ich pracy.

   Wszystkie potrzebne produkty do lokalnej kuchni również są tutaj produkowane i hodowane. Hitem kulinarnym Karpathos jest "makarounes", czyli domowy makaron w kształcie jakby tubek, który wszędzie się suszy na słońcu w towarzystwie pachnących ziół i cudnego czosnku. Słynne są też tutejsze mieszanki ziołowe i... mydła, które są ręcznie wyrabiane z oliwy i miodu. Sam kupiłem takie mydło, które faktycznie działa kojąco na skórę.

   Spacer uliczkami Olympos to raj dla oczu – jest tu po prostu bajecznie pięknie. Kolorowe domki, zupełnie nie wiadomo ja zbudowane na urwiskach zachwycają. Oczywiście jest też główny plac z kościołem i dzwonnicą górującą nad miastem. Wszędzie można wejść i raczyć się boskimi widokami. Kiedyś w Olympos było kilkanaście wiatraków, do dziś 4 z nich mielą ziarno na mąkę, niesamowite.
Get Adobe Flash player
Get Adobe Flash player
   Spędziłem w miasteczku kilka godzin spacerując po cudownych ulicach, zaglądając gdzie się da. Oglądałem piękne domki, kapliczki, sklepiki i knajpki wiszące na skałach, jakby za chwilę miały zlecieć w otchłań. Byłem prawie sam – spotkałem jedynie chyba tylko 4 osoby zwiedzające to bajkowe miasto. W Olympos czas nie stoi w miejscu, czas się cofa. Będąc tam czułem się nieprawdopodobnie dobrze i spokojnie, patrząc na fantastyczne widoki i morze w oddali. Olympos to jedno z tych miejsc w Grecji, do którego chciałbym jeszcze raz wrócić. Atmosfera miasta jest niewyobrażalna, zupełnie jakby się realnie wchodziło do krainy z dziecięcych bajek.
Get Adobe Flash player