środa, 16 kwietnia 2014

MESOCHORI - miasteczko niezwykłe

   Mesochori na Karpathos było przez 3 dni moją bazą, z której odwiedzałem północną część wyspy. To naprawdę urokliwe, spokojne miasteczko, w którym nie spotkałem żadnych turystów. Jedyni ludzie, z którymi miałem do czynienia byli stałymi mieszkańcami. Sezon turystyczny miał się zacząć dopiero za kilka dni i nawet Grecy, którzy na zimę wyjeżdżają do USA nie zdążyli jeszcze wrócić do swoich domostw i hoteli. Miałem szczęście zobaczyć Mesochori zupełnie puste i ciche. Pogoda była już zupełnie letnia, nocą temperatura nie spadała poniżej 18 stopni, a dniem w słońcu było gorąco. W Mesochori nie ma zbyt dużo miejsc noclegowych, nie ma ani jednego "prawdziwego" hotelu, jedynie kilka pensjonatów i pokoi gościnnych. To zadziwiające, bo miasteczko jest naprawdę warte odwiedzin. To właśnie jest Karpathos – wyspa pozbawiona komercji, na której można na własne oczy zobaczyć prawdziwą Grecję. Próżno szukać noclegu w Mesochori przez popularne strony internetowe, jedyne co pozostaje to telefon do pensjonatu w mieście, co nie jest wcale łatwe, bo wiosną większość obiektów jest zamknięta. Mnie się jednak udało i zarezerwowałem 3 noclegi w pięknym pensjonacie "Afroditi".

   Hotelik był wspaniały, a widoki po przebudzeniu pobudzały do życia pomimo zupełnej ciszy. Słyszałem szum morza, choć nie było blisko, ćwierkanie ptaków i lekkie podmuchy wiatru. Wstawałem wcześnie rano i kierowałem pierwsze kroki do kafejonu zaraz po drugiej stronie drogi. W środku pachniało świeżo parzoną kawą. Siadałem przy bufecie i zamawiałem taką właśnie grecką kawę, która piorunem stawia na nogi. Gości nie było jeszcze zbyt wielu ale schodzili się leniwie. Ziewając podchodzili do bufetu i zamawiali pachnącą kawę.
Get Adobe Flash player
   Było jeszcze bardzo wcześnie ale właśnie wtedy postanowiłem zobaczyć miasteczko. Snułem się powoli po wąskich uliczkach, schodziłem w dół i wspinałem się pod górę. Oglądałem miejscowy kościół, place i podwórka, które były zupełnie puste. Wyłożoną kamieniami dróżką poszedłem na sam dół w stronę morza, aż do miejsca, gdzie droga się kończyła przy kawiarni Cafe Skopi. Dalej było strome urwisko i morze.

   Nie miałem zbytniej ochoty na karkołomne zejście więc wróciłem inną drogą do miasta podziwiając piękne ogródki należące do mieszkańców. Przechodziłem koło cytrynowych gajów, pachnących ziół i dodrodnych warzyw. W Mesochori wszyscy hodują pomidory, paprykę, bakłażany, cebulę a nawet ziemniaki. Nikt nie kupuje warzyw w sklepie tylko ma je z własnego ogrodu.

   Bliżej południa życie powoli zaczynało się rozkręcać, wszyscy już wstali, wyszli do kafejek napić się kawy albo porannej ouzo. Przyjechali rybacy z połowem ryb, zjawiły się samochody z dostawami świeżego chleba. Kafejon powoli zapełniał się gośćmi, którzy mieli wszystko w nosie i zaczynali grę w trik-traka. Nawet zjawił się lokalny pop, który z siatką zakupów postanowił odpocząć przy filiżance kawy. Telewizor głośno relacjonował ostatnie mecze piłkarskie, za którymi Grecy wręcz przepadają.

Get Adobe Flash player
   W kafejonie porządnego śniadania raczej się nie zje, więc za namową moich gospodarzy poszedłem do Dramoutany parę ulic niżej. To bardzo miła i przyjemna knajpka, w której – jak się okazało – pracowała Polka. Zamówiłem piekielnie dobry omlet z fetą i porozmawiałem o życiu na wyspie. Okazało się, że miła polska dziewczyna pracuje tu już kilka lat, a ja byłem dopiero drugim Polakiem, który odwiedził jej knajpę.

   Śniadanie było przepyszne, postanowiłem odwiedzić knajpę jeszcze raz, wieczorem zjadłem kolejne świetne dania: domowe dolmades, czyli mielone mięso z ryżem zawijane w liście winogron, przepyszną ciecierzycę z sosie pomidorowym i niezmiennie wyśmienite kalmary, moje ulubione. Nie chciałem oceniać kuchni w mieście jednostronnie, więc drugiego dnia na kolację wybrałem się do bliższej knajpki, w której zjadłem bardzo dobre duszone zielone warzywa i rozpływające się w ustach stifado. Była to prawdziwa poezja smaku, dodając wyśmienity grilowany chleb i lokalne chłodne wino.

   Mesochori było dla mnie prawdziwą przystanią. Bardzo łatwo nawiazałem kontakt z ludźmi, z kelnerką w knajpie, z właścicielami hotelu, z handlarzami ryb i innymi, którzy przesiadywali z kieliszkami ouzo przy stolikach. Wszyscy byli dla mnie bardzo życzliwi, doradzali dokąd jechać, co zobaczyć i opowiadali historię wyspy i miasta. Wszyscy byli uśmiechnięci i cieszyli się życiem. Nie każdy znał angielski ale każdy starał mi się pomóc w każdy możliwy sposób. Nieznajomość języka wcale nie jest przeszkodą w zrozumieniu tego, co drugi człowiek myśli i jakie uczucia żywi. Byłem w Mesochori krótko, rano wyjeżdżałem w trasę i byłem z powrotem późno wieczorem. Mimo to zawsze bardzo się cieszyłem, że wracam do tego bardzo przyjaznego mi miejsca, bardzo pięknego i co najważniejsze z bardzo gościnnymi ludźmi. Czułem się tam bezpiecznie pomimo tego, że byłem na końcu świata.

czwartek, 10 kwietnia 2014

OLYMPOS - zaczarowane miasto

   Na północy Karpathos, tam gdzie wyspa jest bardzo wąska, wysoko w górach leży Olympos. Na ponad 800 metrowych górskich zboczach w VIII i IX wieku ludzie zbudowali zupełnie niedostępne miasto chcąc uchronić się przed najeźdźcami i żyć w spokoju. Okolica nie jest przyjazna – nie ma tu pól uprawnych, trudno o pitną wodę, a pogoda jest nieprzewidywalna. Bywa tak, że na szczycie jednej góry grzmią błyskawice i przewalają się groźne chmury, a na sąsiedniej świeci słońce. Zbudowanie miasta akurat w tym miejscu było zadaniem więcej niż karkołomnym, bo zupełnie nic nie sprzyjało budowie. Nie było dróg tylko urwiste przepaście, nie było miejsca na uprawy i hodowlę zwierząt. Olympos jednak powstało. W przeszłości była to w zasadzie gęsto zaludniona enklawa na Karpathos, zupełnie bez kontaktu ze światem. Taki stan rzeczy istniał jeszcze zupełnie niedawno, kiedy do miasta można było sie dostać tylko z malutkiego portu Diafani na wschodnim wybrzeżu. Oprócz fatalnej drogi wiodącej z nad morza z Olympos nie było żadnego innego połączenia.

   Z biegiem lat powstała droga z południa, wśród gór, jednak pokonanie jej wymagało profesjonalnego jeepa z napędem na 4 koła. Każdy inny samochód nie miał szans na pokonanie wykutej w skałach trasy. Jeszcze kilka lat temu jedyną szansą na odwiedzenie miasta był rejs do Diafani i podróż do Olympos rozklekotanym autobusem. Poza sezonem turystycznym było to praktycznie niemożliwe. Dopiero parę lat temu zaczęto trudną budowę drogi do Olympos, która trwa do dziś. Ekstremalnie trudne warunki wymagają pracy setek koparek, ciężarówek i ciężkiego sprzętu. Drogę wręcz wycięto skałom tworząc niesamowite trawersy. Mnie się udało – w 2013 większość przeprawy była zbudowana, choć nie do końca. Brakowało asfaltu na kilku kilometrach, z pionowych urwisk spadały skalne odłamki tarasując przejazd. Oczywiście nie było żadnych barierek, jechałem z duszą na ramieniu i w ogóle nie patrzyłem w dół. Wiał wiatr, przewalały się ciemne chmury i droga trochę przypominała mi podróż hobbitów do Mordoru z "Władcy Pierścieni" Tolkiena.

   Po kilkunastu kilometrach piekielnej jazdy zobaczyłem miasto i po prostu zaniemówiłem z wrażenia. Dlaczego tak się stało? Odpowiedzi szukajcie na zdjęciach. Do miasta nie można wjechać samochodem, trzeba go zostawić na parkingu i wspiąć się na górę pieszo. Już na obrzeżach Olympos witali mnie mieszkańcy, przy sklepach, kawiarniach i swoich domach. Wszyscy byli ubrani jak setki lat temu w swoje tradycyjne stroje. Nie było w tym żadnego pozerstwa, po prostu tak się tutaj ubiera. Na ulicach było prawie pusto, choć sklepy i domy były otwarte. W Olympos jest wielu rzemieślników produkujących dywany, kilimy, wyroby ze skóry. Można wejść do ich warsztatów i sklepów i z bliska przyjrzeć się ich pracy.

   Wszystkie potrzebne produkty do lokalnej kuchni również są tutaj produkowane i hodowane. Hitem kulinarnym Karpathos jest "makarounes", czyli domowy makaron w kształcie jakby tubek, który wszędzie się suszy na słońcu w towarzystwie pachnących ziół i cudnego czosnku. Słynne są też tutejsze mieszanki ziołowe i... mydła, które są ręcznie wyrabiane z oliwy i miodu. Sam kupiłem takie mydło, które faktycznie działa kojąco na skórę.

   Spacer uliczkami Olympos to raj dla oczu – jest tu po prostu bajecznie pięknie. Kolorowe domki, zupełnie nie wiadomo ja zbudowane na urwiskach zachwycają. Oczywiście jest też główny plac z kościołem i dzwonnicą górującą nad miastem. Wszędzie można wejść i raczyć się boskimi widokami. Kiedyś w Olympos było kilkanaście wiatraków, do dziś 4 z nich mielą ziarno na mąkę, niesamowite.
Get Adobe Flash player
Get Adobe Flash player
   Spędziłem w miasteczku kilka godzin spacerując po cudownych ulicach, zaglądając gdzie się da. Oglądałem piękne domki, kapliczki, sklepiki i knajpki wiszące na skałach, jakby za chwilę miały zlecieć w otchłań. Byłem prawie sam – spotkałem jedynie chyba tylko 4 osoby zwiedzające to bajkowe miasto. W Olympos czas nie stoi w miejscu, czas się cofa. Będąc tam czułem się nieprawdopodobnie dobrze i spokojnie, patrząc na fantastyczne widoki i morze w oddali. Olympos to jedno z tych miejsc w Grecji, do którego chciałbym jeszcze raz wrócić. Atmosfera miasta jest niewyobrażalna, zupełnie jakby się realnie wchodziło do krainy z dziecięcych bajek.
Get Adobe Flash player

poniedziałek, 31 marca 2014

KARPATHOS - zapomniana wyspa

   Wyspa Karpathos intrygowała mnie od kilku lat i zawsze kombinowałem, jak się na nią dostać. Tak naprawdę to właśnie Karpathos była moim głównym celem wyprawy do Grecji w maju 2013 roku, Rodos wybrałem jako "dodatek" do podróży. Dawno temu zobaczyłem w Internecie zdjęcia z miasteczka Olymbos i postanowiłem zobaczyć wyspę na własne oczy. Dojazd na Karpathos poza sezonem turystycznym nie jest łatwy, co prawda na wyspie jest lotnisko, ale trzeba mieć szczęście, żeby upolować dobre ceny biletów. Można znaleźć atrakcyjne oferty czarterowe, które jednak zaczynają się dopiero w końcu czerwca. Wymyśliłem sobie zatem, że łatwiej będzie mi się dostać na Rodos, a stamtąd polecieć lokalnym samolotem na Karpathos za całkiem rozsądną cenę. Pomysł wypalił.

   Już w małym samolocie lecącym z Rodos wiedziałem, że Karpathos będzie hitem mojej podróży. Pułap lotu był niski i przez malutkie okienko widziałem wyraźnie linię brzegową, skupiska domków a nawet plaże. Samolot dobrze radził sobie z potężnymi turbulencjami, choć trzęsło nim jak diabli. Trasa lotu jest znana z bardzo trudnych warunków atmosferycznych, zawsze wieją tu silne wiatry, które bujają małym samolotem jak zabawką. Na pocieszenie stewardessa powiedziała mi, że tym razem lot był wyjątkowo spokojny, bo z reguły trzęsie jeszcze bardziej i pasażerowie drętwieją ze strachu. Samolot zatoczył spore koło i bezproblemowo wylądował na lotnisku, które jeszcze kilkanaście lat temu było wyłącznie lotniskiem wojskowym.

   Dookoła nie ma żadnych zabudowań za wyjątkiem niedawno zbudowanego terminala. Z lotniska nie kursują żadne autobusy, po przylocie samolotu zwykle czeka kilka taksówek, jednak ceny przejazdu do najbliższego miasteczka są horrendalnie wysokie, a do znanych kurortów jeszcze wyższe. Ja na szczęście nawiązałem wcześniej dobry kontakt z właścicielką wypożyczalni samochodów, która czekała na mnie z fiatem pandą zaraz po wylądowaniu.
Get Adobe Flash player
   Karpathos przywitało mnie cudną pogodą, było bardzo ciepło, a oślepiające słońce czasem chowało się za niegroźnymi białymi chmurami. Wyjechałem na główną drogę i od razu zamarłem z wrażenia, takich widoków nie widziałem już dawno. Wyspa jest bardzo górzysta i sprawia wrażenie niedostępnej. Strome, wysokie góry skąpane w słońcu i granatowe morze robią niesamowite wrażenie, czuje się niesamowity respekt przed tym, co stworzyła natura. Zaraz po wyjeździe z lotniska na wzgórzu stoją nowoczesne wiatraki produkujące prąd. Na wyspie ponad połowę energii elektrycznej pozyskuje się z wiatru, który wieje tu cały czas.

   Jechałem drogą na zachodnim wybrzeżu wyspy w kierunku miasteczka Mesochori, w którym miałem zarezerwowany hotel. Na Karpathos bez trudu można znaleźć niezłe zakwaterowanie, ale nie wszędzie. W najbardziej malowniczych miejscach wyspy hotele są drogie i nie jest ich dużo. Większość turystów, których generalnie jest mało, zatrzymuje się w typowych nadmorskich kurortach, w których spędzają cały urlop. Chcąc zwiedzić całą wyspę trzeba wybrać takie miejsce, z którego jest stosunkowo blisko do okolicznych atrakcji. Jednym z takich miejsc jest właśnie Mesochori, miasteczko położone w północno-zachodniej części wyspy. To była moja baza wypadowa na zwiedzanie północnego Karpathos. Znalezienie odpowiedniego lokum nie było proste, ale Internet może zdziałać cuda.

Get Adobe Flash player
   Hotel przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Dostałem pokój z powalającymi na kolana widokami, a gospodarze okazali się szczególnie sympatyczni i pomocni. Na powitanie na stole stała karafka lokalnego wina i ogromny talerz domowych ciastek, które jadłem następne trzy dni.

   Do Mesochori dotarłem późnym popołudniem. Byłem straszliwie zmęczony bardzo intensywnie spędzonym dniem. Zdołałem przejść się po uliczkach, pstryknąć kilka zdjęć i zobaczyć zupełnie odjazdowy zachód słońca. A potem zasnąłem jak kamień.
Get Adobe Flash player